Przegrywamy game 1 (mimo 51 punktów LeBrona)

Cleveland Cavaliers postawili się Warriors i prowadzili z nimi bardzo wyrównaną walkę. Niestety finalnie ulegli gospodarzom po dogrywce, mimo że wygrana w regulaminowym czasie gry była na wyciągniecie ręki.

Bardzo długo nie otrzymywaliśmy informacji o tym, czy Kevin Love zagra w tym meczu (wstrząśnienie mózgu), ale okazało się, że tak i to w S5. Nasz wyjściowy lineup wyglądał więc tradycyjnie: Hill, Smith, LBJ, Love, TT. Mecz rozpoczął się od przechwytu LeBrona i jego punktów spod kosza. Potem Love spudłował swoje pierwsze dwa rzuty, ale trafił trzeci. Dla gospodarzy punktował Stephen Curry. Cavaliers pchali mocno piłkę do przodu, co było dla mnie zaskakująco. James bardzo dobrze wszedł w mecz trafiając swoje cztery pierwsze próby i dobrze znajdując swoich kolegów podaniami. Graliśmy naprawdę dobrze w ataku, ale gubiliśmy się w obronie (głównie przy switchach). Mimo to, pierwszą kwartę wygraliśmy jednym punktem.

W drugiej ćwiartce swój popis kontynuował LeBron, który nadal grał na 100% skuteczności i był już 6/6 z gry. Król otoczony rezerwowymi dobrze radził sobie z defensywą GSW i w piątej minucie tej kwarty udało nam się wyjść na dziewięć oczek przewagi. Warto wyróżnić Nance’a Jr., który świetnie walczył na tablicach. Fatalnie sprawował się za to Jordan Clarkson, nie trafiając kolejnych trójek z czystych pozycji. Tyronn Lue zmienił rotację i James zszedł z parkietu w połowie drugiej części gry. Sygnał do atak dał Hill – najpierw trafił zza łuku, a następnie zaliczył przechwyt i mieliśmy jedenaście punktów przewagi. Wtedy przyszedł nasz pierwszy kryzys. W kolejnych minutach mieliśmy ogromny problem ze zdobyciem punktów, popełnialiśmy straty, a w obronie gubiliśmy się przy prostym pick&rollu. Skutkiem słabszego okresu Cavs był run Warriors i doprowadzenie do remisu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 56 – 56. W naszej drużynie fantastycznie grał LeBron, ale po stronie GSW prym wiódł znakomity Stephen Curry. Nasz zespół dominował przede wszystkim na tablicach i miał siedem ofensywnych zbiórek, podczas gdy rywale nie miel ani jednej takiej deski.

Potem nastąpiła mityczna trzecia kwarta Warriors, której bardzo się obawiałem. Nasi zawodnicy nie potrafili umieścić piłki w koszu, co napędzało gospodarzy do kontr. Nie muszę chyba nawet pisać, że przeciwko naszej drużynie to jest morderstwo. Cavaliers mieli dobrze wypracowane pozycje za łukiem, ale nie umieli ich zamienić na punkty – przewaga rywali rosła. W grze trzymał nas niesamowity LeBron, który miał 32 punkty oddając zaledwie 13 rzutów i trafiając aż 11 z nich. Po kolejnej pull-up trójce w jego wykonaniu udało nam się wyrównać stan meczu. Zaraz James trafił rzut z odejścia, a następnie daleką trójkę i byliśmy na prowadzeniu. Niesamowity pokaz najlepszego gracza na świecie trwał. Niestety końcówkę trzeciej kwarty zdominowali ponownie Warriors, zmęczony James zaczął pudłować rzuty i gospodarze odskoczyli Cavs na sześć punktów. 84 – 78.

Nasi koszykarze nieźle rozpoczęli czwartą ćwiartkę spotkania i odrobili straty z poprzedniej kwarty po kolejnych trafieniach zza łuku. Potem wynik oscylował wokół remisu, a obie ekipy z trudem zdobywały punkty. Niestety na pięć minut przed końcem meczu gospodarze trafili dwie kolejne trójki i uzyskali przewagę. Cavaliers jednak nie dawali za wygraną i na dwie minuty przed końcem tracili do Warriors tylko jeden punkt, po trójce Love’a. Na 50 sekund przed końcem meczu LeBron zaliczył niesamowitą akcję 2+1 i to my byliśmy bliżej zwycięstwa. W kolejnym posiadaniu sędziowie odgwizdali kontrowersyjny faul Jamesa na Durancie i mieliśmy znów remis. Król odpowiedział jednak bardzo szybko wjazdem pod kosz i było 106 – 104 dla gości. Za moment Curry zanotował akcę 2+1 i to ponownie Warriors wyszli na prowadzenie. Na pięć sekund przed końcem Hill ściął pod kosz i został sfaulowany. Trafił pierwszy rzut wolny, po drugim udało nam się zebrać piłkę i wtedy w głupi sposób zachował się J.R. Smith (a jakże), który pozbawił nas szansy na rzut swoim niezrozumiałym zachowaniem. Co to miało być J.R.?! Dogrywka.

Najpierw Durant dostał dwa rzuty wolne za faul, którego nie było. Potem Thompson trafił z rogu. My pudłowaliśmy, a Shaun Livingston trafił spod kosza i było +7. Nóż w nasze serce wbił Green trójką na półtorej minuty przed końcem. W ostatnich sekundach mieliśmy jeszcze trochę zamieszania i mało eleganckiego zachowania z obu stron, ale to już było bez znaczenia. Przegrywamy game 1, mimo że byliśmy bardzo blisko triumfu.

LeBron był fantastyczny. 51 punktów, 8 zbiórek, 8 asyst. Brak słów.
Świetne wsparcie dał Kevin Love – 21/13, ale tylko 1 trafiona trójka przy 8 próbach. Z ławki dobrze pokazał się Nance Jr., który zaliczył 9 punktów i 11 zbiórek. Reszta graczy zawiodła lub zagrała jak zwykle w tych playoffach.

Po stronie Warriors najlepszym graczem był Curry – 29/6/9. Draymond Green miał 13/11/9/5/2. Durant dołożył 26 punktów, ale na bardzo słabej skuteczności. Thompson miał 24 oczka.

Jest mi strasznie przykro, bo mogliśmy wygrać ten mecz. Drugiej takiej szansy może już nie być…

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.