Słaba czwarta kwarta i porażka ze Spurs

Cleveland Cavaliers prowadzili wyrównany pojedynek z San Antonio Spurs, ale zanotowali bardzo słabą czwartą kwartę i zdecydowanie ulegli gościom. Wpływ na taki obrót spraw miało zapewne to, że był to nasz trzeci mecz w ciągu czterech dni oraz kiepska dyspozycja naszych role players.

Cavaliers rozpoczęli spotkanie tą samą piątką, jaką zespół z Ohio rozpoczyna mecze od jakiegoś czasu: Hill, Smith, Osman, James, Thompson. Pierwsza kwarta zaczęła się dość niemrawo z obu stron, a mecz toczył się w spokojnym rytmie. W naszym zespole wyróżniał się asystami LeBron oraz zbiórkami na atakowanej tablicy Tristan Thompson. Nieźle wyglądała nasza gra w defensywie, ale problemem był atak, gdzie nie mogliśmy się wstrzelić zza łuku. Pierwsza ćwiartka zakończyła się prowadzeniem Spurs 25 – 20.

W drugiej kwarcie wyróżniał się przede wszystkim Larry Nance Jr., który dobrze bronił lub zbierał i wyprowadzając piłkę napędzał tempo w kontrach. Mecz jednak był bardzo wyrównany i wynik oscylował wokół remisu. W połowie tej części gry mieliśmy fajną sytuację, kiedy Król zdobył punkty z faulem i wylądował na parkiecie, a nasi koszykarze wręcz “rzucili się”, aby pomóc wstać liderowi. To doskonale pokazało, jakim James jest przywódcą i jak bardzo młodsi gracze go szanują. Swoją drogą LBJ grał bardzo dobrze i udowadniał, kto jest najlepszym zawodnikiem na parkiecie. Mieliśmy przewagę kilku punktów, ale San Antonio zaliczyło run i odrobiło straty. Na sekundę przed syreną LeBron trafił trójkę, która ustaliła wynik do przerwy. Cavs – Spurs 53:50.

Drugą połowę zaczęliśmy znowu kiepsko i mieliśmy problemy po obu stronach boiska. W takich momentach widać, że mimo całej sympatii do tych “Nowych Cavaliers”, nie da się nie zauważyć braku talentu wysokiej klasy oprócz LeBrona. To wyjdzie przede wszystkim w playoffs, gdzie niesamowicie dużo będzie na barkach naszego lidera i już teraz widać, że będą momenty, w których zabraknie wsparcia od pozostałych (oczywiście pomocny będzie powrót Kevina Love’a, ale to odbije się z kolei na naszej defensywie). Oby takich sytuacji było jednak jak najmniej. Wracając do trzeciej kwarty tego meczu, problemem była fatalna skuteczność rzutów za trzy po naszej stronie. Jedyną opcją w tym momencie był James, który miał już na swoim koncie 25 punktów i trzymał nas w grze. Zagrywki San Antonio opierały się z kolei na izolacjach Lamarcusa Aldridge’a. Wysoki gości toczył pojedynki z Tristanem Thompsonem i często wychodził z nich zwycięsko mimo dobrej obrony naszego centra. Następnie świetny fragment miał Jordan Clarkson, który w trzech akcjach z rzędu umieścił piłkę w koszu rzucając zza łuku po podaniach LeBrona i Kyle’a Korvera. Spurs również nie mieli problemów z egzekwowaniem swoich akcji i do ostatniej ćwiartki meczu przystępowaliśmy z dwupunktową stratą.

Pierwsze dwie minut czwartej kwarty bez LeBrona zakończyły się runem podopiecznych Popovicha i kompletną niemocą w ataku Kawalerzystów. Wszystko, co można było zepsuć w tym czasie zostało zepsute. James musiał wrócić na parkiet, mimo że odpoczywał w tym meczu wcześniej bardzo niewiele. Strata była już dwucyfrowa. Kolejne minuty to próba odrobienia strat przez Cavaliers, ale Spurs jak przystało na mądrą drużynę zwalniali tempo gry i robili swoje utrzymując przewagę punktową. W czwartej kwarcie pokazali swoją wyższość i pewnie pokonali Cavs 110 – 94.

W szeregach gospodarzy nie zawiódł jak zwykle LBJ – 33/13/9. Nieźle spisał się też Clarkson, autor 17 oczek. Fatalnie spisała się po raz kolejny reszta pierwszej piątki, która nie licząc Jamesa zdobyła w sumie jedynie czternaście punktów. Podkreślę to raz jeszcze – Hill, Smith, Osman i TT zdobyli w sumie 14 punktów.

Gości do zwycięstwa poprowadził Lamarcus Aldridge. Na swoim koncie zapisał 27 oczek.

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.