Zwycięstwo w Chicago

LeBron James i spółka przedłużyli serię wygranych do dwunastu w łatwym zwycięstwie w Chicago przeciwko tamtejszym Bulls.

Cavaliers kiepsko rozpoczęli spotkanie i gospodarze prowadzili na starcie 6 – 0, ale niemoc naszych pupili przełamał LeBron akcją 2+1. Zdobył też kolejne 4 punkty dla Cavs, następnie uaktywnił się Kevin Love i cała drużyna powoli się rozkręcała. Wyszliśmy na prowadzenie, a pierwsza część gry zakończyła się wynikiem 29 – 22 dla drużyny z Ohio.

Druga kwarta to kontynuacja niezłej gry Cleveland i powiększenie przewagi punktowej. Różnica talentu pomiędzy obydwoma zespołami była coraz bardziej widoczna. Kawalerzyści dominowali i na przerwę schodzili mając 16 oczek przewagi.

Drugą połowę meczu rozpoczęliśmy od trafień zza łuku i różnica punktowa szybko wyniosła ponad dwadzieścia. Drużyny grały w zasadzie niemal punkt za punkt, a Cavs cały czas kontrolowali przebieg spotkania. Równo z końcową syreną za trzy o tablicę trafił jeszcze Justin Holiday i ostatnią ćwiartkę meczu rozpoczynaliśmy wynikiem 86 – 71.

Czwartą kwartę rozpoczęliśmy z LeBronem na parkiecie, a Król i Dwyane Wade zadbali o powiększenie przewagi punktowej i spokojne zwycięstwo. „Flash” miał świetny dzień i trafiał rzuty z różnych pozycji, natomiast James zaimponował dwiema trójkami trafionymi z tzw. ręką na twarzy. Nie wiem tylko, po co grał połowę ostatniej części gry, skoro wynik był już w zasadzie dawno rozstrzygnięty i finalnie spędził na parkiecie 34 minuty, mimo że mecz był cały czas pod kontrolą. Końcówka to już zmagania rezerwowych i spokojny garbage time.

Do zwycięstwa poprowadziło nas przede wszystkim trio LBJ, Wade, Love. Bron miał 24 punkty, a pozostała dwójka oczko mniej. W drużynie gości nikt nie przekroczył pułapu 15 punktów.

Warto podkreślić fakt, że mimo braku Isaiah Thomasa, Derricka Rose, TT i Imana Shumperta wygrywamy kolejne spotkania. Przede wszystkim jestem zaskoczony tym, że Jose Calderon grający ponad 20 minut w każdym meczu, mówiąc kolokwialnie daje radę. Oczywiście statystycznie nie imponuje, w defensywie jest kłopotem, ale w przeciwieństwie do Rose’a wie kiedy i jak podać, nie przytrzymuje piłki, a kiedy stoi w rogu to jest zagrożeniem z dystansu i rozciąga grę. Przeciwnik musi go kryć zza łukiem, nie może go odpuścić. Niewiele potrzeba, żeby być efektywnym graczem u boku LeBrona, ale Hiszpan sprawdza się w tej roli lepiej od byłego MVP… Mimo to czekamy na powrót na Derricka i mamy nadzieję, że wpasuje się w zespół lepiej niż do tej pory.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*